The world is shit, I want a refund – ulubione albumy z 2020 [Karol]

Disco Elysium, spokojnie w moim top 5 gier wszechczasów. Nie najweselszy świat przedstawiony, a i tak zamieniłbym paszport polski na revacholski bez zastanowienia.

Koniec lutego, podsumowanie roku 2020 na Paznokciach – blogu/fanpage’u z ledwo wyczuwalnym pulsem. Idealnie wpisujemy się w ducha czasów brak kompetencji, chaos, entropia, prokrastynacja, co tam jeszcze. PPT zawsze na tarczy, kładziemy się od razu i udajemy martwych, a białą flagę mamy przy sobie nawet, gdy idziemy do sklepu. A tak na serio: praca, depresja, praca, depresja ten zaklęty i przeklęty krąg wydłubywał z nas czas i siły. Niekonieczne entuzjazm ten się zapalał, czasem nawet w postaci fajnych planów, ale potem znów ten sam młyn: praca, depresja, praca, depresja, praca, depre…

W tym roku nie będzie długiego wstępu mógłbym równie dobrze przepisać w tym miejscu żale i euforie z 2019 i powiększyć listę o kolejne, wszystkie w podobnym duchu. 2020 nie dał mi się we znaki tak bardzo, jak innym. Gniłem w domu / rozkoszowałem się domatorstwem, ale gniję w domu / rozkoszuję się domatorstwem i bez pandemii. Sytuacja nie wpłynęła na moją pracę, udało mi się uniknąć wirusa i tylko dwa razy i na bardzo krótko martwiłem się o bliskie osoby. Miałem dużo szczęścia w bardzo nieszczęśliwych czasach, więc nie będę łkał nad prywatą. Burdel w pękniętej na pół, na ćwierć, na osiem Polsce? Można się ugotować we własnej żółci i wyhodować sobie depresję w depresji, ale cieszy przynajmniej, że syf zrobił się bardziej transparentny, że jesteśmy, mam nadzieję, w jakimś punkcie zwrotnym. W jaką stronę i na jak długo? Nie mam siły o tym myśleć. Proponuję temat zastępczy: muzyka.

Poniżej albumy z 2020 r., które zostały ze mną na dłużej – kolejność alfabetyczna:

Derek Baron – Curtain [Recital]

RIYL: Aine O’Dwyer / Graham Lambkin / Sean McCann

Dereka Barona poznałem przy okazji jego poprzedniego wydawnictwa – “The Dress of the Century” (Regional Bears). Była to pierwsza kaseta, jaką odtworzyłem po zakupie stacjonarnego magnetofonu – ale nie tylko to sprawia, że Baron jest dla mnie wyjątkowy.

Kolaże Barona w pewnym sensie podążają ścieżką wydeptaną przez “Music For Church Cleaners” Aine O’Dwyer, “Salmon Run” Grahama Lambkina czy kolektywistycznego malowania dźwiękiem na kanwie klasycznych kompozycji w postaci kolektywu Simple Affections (będę się upierał, że to jeden z najlepszych albumów poprzedniej dekady). Są to oczywiście tropy niezwykle bliskie labelowi Recital i Seanowi McCannowi w ogóle, swoiste mccannizmy. “Nietykalne” sacrum bezstratnie zzipowane do doświadczenia stricte personalnego. Życie jako nieskończona seria drobnych, zazwyczaj straconych epifanii. Msza codzienności. CDLXXV komunia świecka. Holistyczna i koniecznie horyzontalna afirmacja życia i twórczości, wolna od potrzeby hierarchizowania składników doświadczenia na wzniosłe i błahe. Pokojowe, ale zdecydowane przejęcie kultury sakralnej i wysokiej, i sprowadzenie jej do naszych małych izdebek.

Beequeen – Winter [A Colourful Storm]

RIYL: zimę

“Winter is a mysterious season. The season in which the sun is positioned farthest away from yourself on earth, bringing cold, darkness and uncertainty. But also, a hushed beauty, stillness and silence.”

Proste, prawda? Czasem człowiek potrzebuje takich uniwersalnych pejzaży, starych jak świat mimetyzmów. Zima w interpretacji Beequeen bardzo do mnie trafia mroźne elektroakustyczne syki i świsty, trochę krystalicznych płatkow, ale i zmarznięta gleba, drobne, prawie śpiące snem zimowym melodie gitary i klawiszy. Śliczny, bardzo organiczny i umiarkowanie nieoczywisty album krajobrazowy (krajobraz zewnętrzny i wewnętrzny). Nie myślałem przy nim za dużo, nie mam ochoty ważyć go w jakikolwiek sposób.

Beequeen to projekt istniejący dłużej niż ja w 1989 r. powołał go do życia duet Freek Kinkelaar i Frans de Waard, a od 2007 gra jako trio z Olgą Wallis.

Bellows – Undercurrent [Black Truffle]

RIYL: Oval / Monoton / „Flux” Robert Turmana / Tolerance

Kluby śnią o elektrycznych owcach. Cudowne zawiesiny, które miejscami brzmią, jakby powstały z roztopionych sampli hip-hopowych i techno. Roztopionych, dodajmy, nie do poznania – tylko produkcja sugeruje te konteksty, bo efekt jest skrajnie minimalistyczny, awangardowy właściwie. Giuseppe Ielasi i Nicola Ratti, duet z Mediolańczyków, improwizują w oparciu o taśmowe loopy z nagranych wcześniej partii gitar, syntezatora i perkusji, redukując muzykę do minimum, a wyciągając z niej maksimum substancji, nastroju, powabu. Wiecie na pewno, że to nie takie proste. Do głosu dochodzą też różnorakie taśmowe szumy, przydźwięki, piski wszystko to, nad czym nie ma się zupełnej kontroli, a co dodaje kompozycjom życia. Utwór nr 3 to bezsprzecznie najpiękniejsza rzecz na granicy ciszy, jaką słyszałem w minionym roku. Indeks 6 to somnambuliczne quasi-tropicalia, które kojarzą mi się z “Horse Steppin’” Sun Araw (soundtrack do pierwszego “Hotline Miami”). Właściwie każdy jeden track jest tutaj po prostu cudowny, serio.

W 2019 r. Ielasi w swoich ulubionościach roku dla Boomkat wymienił reedycje albumów Hansa Reichela preparowana gitara to zupełnie inna technika niż taśmy, a jednak ta mikroczułość „Undercurrent” bardzo mi się kojarzy z Reichelem, z bardziej kontemplacyjnymi fragmentami „The Dawn of Dachsman”, np. serią „Playing the Table Music„.

Brorlab – s/t [Ultra Eczema]

RIYL: najprostszy punk / tańczyć Hakken na rejwach / siedzieć w chacie i nie tańczyć Hakken na rejwach, ale o tym fantazjować

Nie jest tajemnicą dla nikogo, kto zajrzy na fanpej PPT chociaż 2-3 razy do roku, że w ostatnim czasie niemal zupełnie odkleiłem się od punka, zwłaszcza w gatunkowym ujęciu. Nie będę więc mówił, że ta młodziutka ekipa z Antwerpii wysmażyła jeden z najlepszych pankroków roku 2020, bo jakie mogę mieć pojęcie o scenie (super sprawa, że tak pieczołowicie pielęgnuje to poletko Radek z TegoSłucham). Brorlab to punk ultra prosty, ale i w tej prostocie osobny – nie wiem, ile znacie albumów gabber-punkowych, ja tylko ten jeden, ale czekam na więcej. Jest to również punk z najgłupszym poczuciem humoru durność kawałków “Football Is For Soccers” czy “Energy > Allergy” to najlepsze odświeżenie po całym dniu roboty. Jest to wreszcie punk, który mimo happy-hardcore’owej oszczędności środków potrafi zaskoczyć świetnym zagraniem np. “jajecznym”, devocore’owym błyskiem gitarowego swagu około 42 sekundy w “Explanations”. Super rzecz krótko, konkretnie, intensywnie, w punkt, gabber.

CS + Kreme – Snoopy [The Trilogy Tapes]

RIYL: Coil / Bristol sound / Exek / HTRK

CS + Kreme, duet z Melbourne tworzony przez Conrada Standisha i Sama Karmela, zaskoczył mnie zupełnie nie spodziewałem się, że właśnie takiej muzyki będę w 2020 roku potrzebował. Czytałem gdzieś opinię, że to najlepszy album Coil, którego Coil nie nagrał. Duże słowa, pewnie za duże, ale „Snoopy” rzeczywiście jest znakomite. Większość numerów została nadpisana na gatunkowych szablonach downtempo czy trip-hopu, szablonach natychmiast rozpoznawalnych, a jednak całość pada jak najdalej od szablonowości. Ogromną robotę robią klasyczne instrumenty: gitara, bas, pianino, obój, organy, saksofon. Nic zaskakującego, ale żaden z tym elementów nie tworzy podstawy kompozycji – pojawiają się jak dodatkowe plamy farby na kanwie minimalistycznych elektronicznych podkładów. Nadal nic zaskakującego, prawda? Trudno ten album pochwalić, rozbierając go na części i wsio. Odpalcie po prostu atmosfera momentalnie wciśnie się w was o tak.

W „The Whale’s Tail” gościnnie udziela się żona Conrada Standisha – Jonnine.

P.S. Świetnie słucha się tego albumu w towarzystwie polecanych nieco dalej Mosquitoes/Komare oraz Tara Clerkin Trio.

The Dead C – Unknowns [Ba Da Bing]

RIYL: The Dead C

Wróciły mruczanki Morleya, a w dodatku piosenkowy format oraz metraż. Pociąg do takiej wolty dał się odczuć już na singlu “On The Outbreak Of Civil War / Good Consul Is Punished” z 2018 r. tam wokal co prawda się nie pojawił, ale formy przypominały bardziej początki The Dead C niż abstrakcyjne, nieskończone otchłanie, które wciągnęły ich na kilku ostatnich LP. Lubię właściwie każdą twarz tego zespołu, ale za tą zdążyłem się bardzo stęsknić. Co więcej, jestem zdania, że robienie tego w formacie piosenki i to robienie tego bardzo dobrze, jest nawet większym wyzwaniem.

„Unknowns” to album o wiele bardziej liryczny, nie tylko przez obecność tak jest liryki, ale i w całej swoim wybrzmieniu. Poetyka radykalnego braku, ontologicznej czarnej dziury, wisielczej melancholii, lamentu bez ambicji do zmiany. To jest bez wątpienia najspokojniejszy i najcichszy album The Dead C, ale nadal esencjonalny, mocarny w wymowie. Najdoskonalej słychać to w “The Sky Above”, kawałku, który cudownie zmierza donikąd, jak najbardziej “kołysankowe” utwory Bardo Pond. Gdyby ten numer zdezintegrował odrobinę bardziej, musiałby stanąć w miejscu, zawisnąć w powietrzu jak pył po wielkiej eksplozji, zaniemówić w ciężkiej żałobie.

“Unknowns” ma jednak wady i są to, o dziwo, przede wszystkim wady edycyjne. O dziwo, bo przecież The Dead C przyzwyczaiło nas do radykalnej surowicy i nagrań na setkę. “Grunt Machine” w pewnym momencie sprawia wrażenie, jakby przeskoczyła taśma. W “Still” zabieg nagłego wyciszenia byłby znakomity, gdyby nie brzmiał tak sztucznie. Ale to są detale, które mi jakoś bardzo nie przeszkadzają. Nie potrafię być choćby odrobinę obiektywny w ocenie The Dead C. Trafia do mnie właściwie wszystko, co nagrali, i nie inaczej jest teraz.

I jeszcze jako bonus:

Wróciły mruczanki Morleya [2]. Tym razem Morley solo, akustycznie, trochę cieplej, ale wciąż melancholijnie.

Delphine Dora – L’inattingible [three:four]

RIYL: Emmanuelle Parrenin / Maria Monti / Księżyc / Svitlana Nianio

Delphine Dora od jakiegoś czasu dostarcza cudowny album przynajmniej raz do roku. Zawsze jednak jest to trochę co innego. Tym razem w nagraniu albumu wzięło udział kilkanaścioro artystek i artystów, ale nie ma żadnych wątpliwości, że to realizacja wizji Delphine Dory – mimo bogatego instrumenterium “L’inattingible” jest bardzo kameralne, prywatne, intymne. Chamber folk z wyraźną autorską pieczęcią.

Najpiękniejszymi wydały mi się na tym albumie tańce “Dans la torpeur du lacunaire” i “Dans l’absence”, oba widmowe, gotyckie (ale gdyby w zamczysku zamknął się Erik Satie), z fragmentami melorecytowanych tekstów po francusku, które masują mózg.

Liz Durette – Delight [Feeding Tube]

RIYL: ?

Jedni mają swoje vaporwave’y, a ja mam zdziwaczały i rozkoszny zarazem MIDI-bibelot od Liz Durette. Polifoniczne, fałszujące na potęgę walczyki w MIDI, zupełnie bezpretensjonalne. Orange Milk na przedpołudniowej herbacie u Recital. Bardzo mała, ale niezwykle ciepła muzyka kojarzy mi się odrobinę z „Casioworks By Gust De Meyer” i Mortem Garsonem.

Maxine Funke / P Wits – Forest Photographer [chemical inbalance.]

RIYL: The Garbage and the Flowers / Alastair Galbraith

Nowa Zelandia, ale miejsce na liście bynajmniej nie tylko z uwagi na sentyment. Jest jedna cecha wspólna dla niemal wszystkiego, co powstaje w podziemiach NZ – suma elementów nijak nie potrafi wytłumaczyć całościowej wartości. Podobnie jest z EP-ką duetu Maxine Funke, jednej z najwspanialszych domatorsko-werandowych (home-fi, jak sama nazwała jedną ze swoich płyt) singer-songwriterek, oraz P Witsa, który gra również noise rock w duchu Siltbreeze. Nagrania terenowe z lasu, gitary i wokal niczego więcej tu nie ma, ale wszystko łączy się w bardzo organicznej symbiozie. Muzyka spoza czasu, mogłaby powstać na jakimś marginesie lat 60. Najpiękniejszą perłą, a właściwie zwykłym-niezwykłym kamykiem znalezionym na ściółce, jest tutaj „Every Kind Word”, z nieco chaotyczną gitarą w stylu wczesnego The Microphones i cudowną, choć smutną, linią wokalną Maxine. Nie zliczę, ile razy słuchałem tego utworu w 2020.

Free Magic Show – Polymorphous [Czaszka]

RIYL: CIA Debutante (których Czaszka wydawała) / Yeast Culture / M P Hopkins

Frapujące polimorficzne ekstrawagancje dla geeków od duetu Michał Fundowicz i Joe Coghill. Moje dwa ulubione tracki tutaj to “Parrots of Istanbul” i “Telegazeta”. Pierwsze to obce (tzn. stworzone przez Obcego) nie-techno. Rytm z krótkich loopów taśmowych równie dobrze mógłby być zaciętym magnetofonem. Drugi kawałek to ASMR, również serwowane nam przez obcych, które dla człowieka wcale ASMR nie jest. Albo stół operacyjny na statku kosmicznym. Pamiętacie odcinek X-Files o przypadku gościa, którego UFO porywało i wypalało mu laserem maleńkie dziury w zębach? Zza ścian słychać agonię innych ludzkich braci i sióstr, wydają się wyć tylko high-pitched albo low-pitched, bo taka jest specyfika fizyczna statku. Flashbacki z ziemskiego radia to tylko spam, który przechwytują, nasłuchując kolejnych celów. Jest jeszcze “Bitaka” acidowe techno, ale znów prawie, z zupełnie innej pozycji, nie stworzone techniką typową dla człowieka. Bardzo ciekawe rzeczy się dzieją na tym albumie-warsztacie, a mocno eksperymentatorski sznyt równoważą poczucie humoru i trochę pulpowa, a trochę bardzo serio atmosfera sci-fi.

Jak już jesteśmy przy Czaszce na liście znalazłby się również wydany w labelu „Zapis” Huberta Kostkiewicza i Łukasza Rychlickiego, ale fakt, że byłem zaangażowany w notkę promocyjną, trochę nie pozwala mi wznosić publicznych peanów. Materiał jest jednak cudowny, ale teraz i tak nikt mi nie uwierzy.

Magnus Granberg & Skogen – Let Pass My Weary Guiltless Ghost [Another Timbre]

RIYL: Morton Feldman

Wspaniała post-feldmanowska klasycyzująca moderna, wchodząca równiez mocno na terytorium improwizacji elektroakustycznej (Skogen tworzy m.in. Toshimaru Nakamura ze swoim no-input mixing board). Oprócz oczywistych skojarzeń z Feldmanem, „Let Pass My Weary Guiltless Ghost” wydaje mi się egzystować w tym samym uniwersum co “Hands Of Caravaggio” MIMEO i “Music For Private Ensemble” Seana McCanna, chociaż to dwa zupełnie różne albumy. Another Timbre wydaje takich wspaniałości nawet kilka rocznie, ale ta skradła mi serce najmocniej i właściwie zapoczątkowała większą przygodę z labelem.

Tytuł albumu zaczerpnięty jest z wiersza „O Death, rock me asleep”, napisanego przez królową Anglii Anne Boleyn tuż przed jej egzekucją w 1536 r. Okładkę zdobi natomiast obraz „A Maid Asleep” Vermeera.

Choi Joonyong / Jin Sangtae – Hole In My Head [Erstwhile]

RIYL: Erstwhile

Jeśli lubicie wpuszczać do głowy rozproszone dźwięki o różnej częstotliwości i fakturze, ale większość katalogu Erstwhile, zwłaszcza ze strony azjatyckich artystów, wydaje wam się zbyt wyzywająca, „Hole In My Head” może być naprawdę świetnym wstępem. Koreańczycy przygotowali gęsty, choć oczywiście grający ciszą, przebogaty w faktury i źródła dźwięku, choć przecież minimalistyczny kolaż, w którym znalazły się black metalowe sample („D”), ASMR-owe spadajace piłeczki ping-pongowe („in my”) i cała masa innych, ciekawych i ciekawie rozmieszczonych w przestrzeni dźwięków. Dźwięków, dodajmy, rzadko kiedy ekstremalnych dla ucha, a już z pewnością niezafiksowanych na takiej intencji. Dziura w głowie nie powstaje, ona się wypełnia. Erstwhile generalnie jest kopalnią złota, a „Hole In My Head” to jeden z najciekawszych albumów w całym labelu.

Choi Joonyonga słyszałem dotychczas tylko na „Sweet Cuts, Distant Curves”, ale nie pamiętam, jakie wrażenie zrobiło na mnie to impro. Jina Sangtae kocham natomiast za „Shadow Boxer” i ten album polecam z czystym sumieniem.

P.S. 2020 był równiez rokiem eksperymentalnej formy festiwalu Amplify, organizowanego przez Jona Abbeya z Erstwhile właśnie. Festiwal przeniósł się do sieci i przybrał formę zbioru dokumentów muzycznych z czasów odosobnienia – ostatecznie nadesłano ich grubo ponad 100 (!). Bardzo polecam poszperać, jeśli was to ominęło. Mnie najbardziej spodobały się dwa nagrania Vanessy Rossetto:

Komare – The Sense Of Hearing [Penultimate Press]
Mosquitoes – Minus Objects [ever/never]

RIYL: Beckett / Blanchot / szum statyczny

O obydwu albumach pisałem dość wylewnie na fanpage’u, więc nie będę się powtarzał. Dodam tylko, że w tym komarzym uniwersum świetnie widać ewolucję od rudymentarnych form około-punkowych do świata dźwięków bez barier. Chyba tylko u Sightings i The Shadow Ring było widać ciekawiej, gdzie się dochodzi po wydaleniu z siebie rockerskich aspiracji. Co oczywiście nie znaczy, że pozostanie na tym marginesie, okupowanie progu między światami gatunku a post-gatunku i autonomicznego języka, nie może być równie fascynujące (vide The Dead C czy Bill Orcutt, ale zanim podążył zupełnie za duchami przodków i zaczął niemal wprost grać americanę).

Tori Kudo – The Last Song Of My Life [An’archives]
Maher Shalal Hash Baz – Je est un autre [Okraina]
Bill Wells – The Viaduct Tuba Trio Plays The Music Of Bill Wells [bison]

RIYL: Maher Shalal Hash Baz / Tenniscoats / żyć zachłannie, ale pod wielkim cieniem melancholii

Trzy albumy na jedną sesję terapeutyczną.

Billa Wellsa znałem wcześniej tylko z koncertowego albumu nagranego wspólnie z Maher Shalal Hash Baz, który chyba już na zawsze będzie dla mnie pierwszej potrzeby audio-termoforem – zwłaszcza gdy wiara w ludzi i samego siebie plasuje się w okolicach zera. Ktoś na Discogs napisał o “Osaka Bridge”: “So quiet here although this is the album which is able to make aliens understand what humankind is about”. Dokładnie tak.

Wspólnym gruntem Bill Wellsa i MSHB są drobiny życia, niespektakularne anegdoty, afirmacja naszej małości, skończoności i niedoskonałości. Ta muzyka pociąga we mnie te same struny co filmy Mike’a Leigh albo Roya Anderssona – u tego drugiego The Viaduct Tuba Trio mogłoby wręcz pojawić się w scenie knajpianego letargu, gdzie zespół dęty przygrywa dla zjadanych lub już doszczętne zjedzonych przez swoje dramaty martwych dusz. Proza życia zatrzymana w poetyckich kadrach, ale poetyckich prozaicznie właśnie, jakby sceny te spisywali na marginesach swoich i tak marginesowych wierszy Carlos William Carlos czy Charlez Reznikoff. Fanfary do codziennych epifanii i porażek. Symfonia spraw nagich i doczesnych.  Wanitatywne, melancholijne nastroje odciążone niełatwym, ale mimo wszystko lekkim i szczerym uśmiechem akceptacji.

Trwające 50 minut “The Last Song Of My Life” zostało nagrane jako żywy akompaniament do filmu  “The Garden Apartment” Umiego Ishihary i w takiej też sytuacji tę kompozycję zarejestrowano. W teorii to nagranie solo Toriego Kudo, ale w praktyce słyszymy kolektyw amatorów, więc nominalnie jest to właściwie któraś z kolei inkarnacja Maher Shalal Hash Baz. Skojarzenie z orkiestrą na tonącym statku jest u mnie automatyczne, ale nie ma tu majestatyczności “The Sinking Of Titanic” Gavina Bryarsa to człowiecza farsa, ale farsa słodko-gorzka. Każdej ostatniej piosence życia towarzyszy czyjaś pierwsza piosenka życia i ta dziecięca naïveté, której być może nikt nie znajdował w muzyce tak dobrze i, paradoksalnie, nienaiwnie jak właśnie Tori Kudo, przebija się przez melancholię. Osiem powtarzanych w kółko smutnych taktów cały czas ocieplają berbeciowe dada – wszystkie osunięcia tonalne, hałasy i niesubordynacje są jak gaworzenie dzieci na pogrzebie. I jest to piękne.

Jest jeszcze szeroka kompilacja dla Okrainy niezmiennie jednego z najbardziej urokliwych wydawnictw w tej chwili, od muzyki przez okładki. „Je est un autre” (od wiersza Rimbauda) zbiera różne miniatury z koncertów MSHB i jest propozycją raczej tylko dla fanów. Postawę MSHB bardzo fajnie widać, kiedy grają barokową kompozycję “Les Barricades mysterieuses” Couperina. Cynik lub/i purysta powie, że amatorzy, że robią sobie jaja, co to ma być, to chyba z kompilacji top 10 failed school orchestra concerts, ale ja mam na twarzy serdeczny, nie złośliwy uśmiech, bo każdy nietrafiony dźwięk w wydaniu MSHB jest jednocześnie ciepły, szczery i ludzki właśnie, działając jak solidarnościowe, wspólnotowe poklepanie po plecach wszystkich, którzy w tej farsie siedzą po uszy.

Lewsberg – In This House [self-released]
The Cool Greenhouse – s/t [Melodic]

RIYL: Velvet Undeground / The Fall

Stawiam te albumy obok siebie, bo w mojej głowie siedzą razem w kozie za notoryczne ściąganie. Jedni rżną bezwstydnie z dwóch czy trzech patentów VU, drudzy kradną z The Fall całe piosenki i to w tak oczywisty sposób, że gdyby żył Mark E. Smith, zjebałby ich jeszcze dosadniej niż swego czasu zjebał Pavement. Oba zespoły ściągają jednak w taki sposób, że zawsze zdają na 5, co osobiście – gdybym był nauczycielem – z pewnością bym docenił (i dlatego nauczycielem nie jestem, ale doceniam). Ściągają bowiem po slackersku i skutecznie. Jedni i drudzy cierpią co prawda na przesadną sterylność i przezroczystość, ale świetnie się tego słucha. Rotterdamczycy z Lewsberg, choć grają oszczędniej, przemycają mimo wszystko więcej tożsamości – teksty i zdystansowany ton wokalisty fajnie podkreślają cierpkość codziennych relacji z drugim człowiekiem i światem.

Loopsel – s/t EP [Mammas Mysteriska Jukebox]

RIYL: scenę z Göteborg / domowe nagrania magiczne / zagubione dema z 4AD

Loopsel to Elin Engström – połowa Monokultur i połowa labelu Mammas Mysteriska Jukebox, w którym od zeszłego roku wraz ze swoim chłopakiem, JJ Uliusem, sami wydają sobie płyty. Scena Göteborg zdecydowanie potrafi w DIY, ale potrafi też znacznie więcej – tchnąć w taśmowe nagrania osobliwą jakość, nieważne, czy będą to, tak jak tutaj, sypialniane piosenki, czy folkowo-noise’owe abstrakcje. “Det som blir” to jedna z moich ukochanych piosenek minionego roku.

Lionel Marchetti – Planktos [self-released]

RIYL: ocean

Obszerne, wylewne, ale w pełni nagradzające poświęcony mu czas doświadczenie akuzmatyczne. Trudno znaleźć inne słowo niż wyświechtane: “podróż”. 20 000 mil podmorskiej żeglugi, ale na samym dnie rowu mariańskiego, gdzie jedynym źródłem światła są nieznane nauce iluminujące stworzenia. Nie trudno tu o freudowskie uczucie oceaniczne. Przewspaniały materiał, uwodzący jak meduza – zmienny, hipnotyzujący, fizyczny, abstrakcyjny, elektryzujący i elektryczny, definitywnie z tego, ale i niezupełnie z tego świata. Konkretny – co oczywiste, bo to muzyka konkretna – ale przy tym subtelny, liryczny.

“Planktos” to kilka godzin materiału, który powstawał w latach 2015-2020 jako towarzystwo do poematu Régisa Pouleta o tym samym tytule. Twórczość Marchettiego znam raczej wybiórczo, ale album kojarzy mi się mocno z 6-płytową kompilacją “Jeu du monde”, zwłaszcza z jej ostatnią częścią – “Océan (de la fertilité)”. Rozmach i powaga nie są dla mnie żadnymi wyznacznikami jakości doświadczenia – zazwyczaj wręcz przeciwnie, bo jestem leniwy i dziecinny – a jednak zachwyca mnie ten album, bo jest jednocześnie monumentalny i drobny, kosmiczny i mikrokosmiczny. To muzyka znacznie bardziej uniwersalna niż zasugerowany kontekst akwatyczny – ocean, tak, ale ocean możliwości, co znaczy, że wody i życie oceaniczne mogą się w nim zarówno całkowicie zawierać, jak i zupełnie z niego usunąć. Ocean jako kosmos, jako panocean terytorialny i lingwistyczny, z którego wszystko, w tym wszelkie znaczenia i nienazywalne abstrakcje, powstało. Piękno, tajemnica i groza niezgłębionych lokacji i nieredukowalnych fenomenów.

Groza czy niepokój, jakie miejscami wzbudza ta podróż, są jednak wartościowe nie tylko estetycznie, ale i etycznie – karcą bowiem arogancję, ten jedyny naprawdę bezdenny i bezbrzeżny ludzki ocean. Horror ludzkiej eksploatacji bez poczuwania się do rekompensaty może, choć nie musi, być tutaj wyczuwalny. Dla mnie jest i tym samym “Planktos” jest dla mnie również albumem ekologicznej świadomości, a nawet depresji. Ale choć Marchetti oceanu nie uratuje, to przynajmniej przywraca mu respekt – przedstawia go jako nieskończone przypuszczenie, nie zamknięte stwierdzenie, a sygnalizowanie czegoś większego od nas to odświeżająca lekcja pokory. Najważniejsze jednak, że “Planktos” dla każdego może być zupełnie inną podróżą – niejednoznaczne jak tytułowy “Moby Dick” Melville’a, wyciąga z człowieka rozmaite obsesje, lęki i fascynacje.

Ulubione fragmenty: “Mouvement 1 P. 5 – Balane sur le dos de la baleine”, „Mouvement 3 P. 1 – Ténèbres électrisées”, “Mouvement 5 et dernier : Océan (Hen panta / Tat twam asi)”

Maths Balance Volumes – A Year Closer [Penultimate Press]

RIYL: The Shadow Ring / The Bowles / Vincent Over The Sink / martwić się na zapas

Maths Balance Volumes to dla mnie zespół właściwie pełen znaków zapytania. Nigdy nie znalazłem w sieci ich albumu “Absence” wydanego dla Kye, co mnie trochę frustrowało, bo ten numer o tutaj  jest przewspaniały. MBV (znajome inicjały, ale to są dosłownie dwa różne bieguny) to duet, który tworzą Jameson Sweiger i Clay Kolbinger. Kolbingera kojarzę z projektu Private Anarchy – o albumie “Central Planning” zresztą bardzo ciepło pisałem.

Zupełnie rozumiem ambiwalentną opinię Shy Thompson z wielogłosu dla Tone Glow – to jest bardzo bezpośrednie memento mori, nagrane bez uśmiechu, z minami jak z “American Gothic” Granta Wooda. Czarny gospel w czasach, kiedy gospel nikogo już nie uskrzydla. “Every step I take draws me closer to the ground” – śpiewa Sweiger i w tej tonacji utrzymany jest cały album. “A Year Closer” to rewers “Another Year” Mike’a Leigh – szklanka do połowy pusta. Mnie jednak, osoby regularnie wpadającej w stany depresyjne i walczącej na co dzień z nerwicą, takie oczyszczające chwycenie w dłoń garści ziemi paradoksalnie uspokaja.

W tym sensie “A Year Closer” doskonale rymuje się z “God Bless The Death Drive” Triple Negative i – choć nieporównywalnie bardziej intymny – podobnie jak on potrafi śmierć przewartościować. Nie robi tego ani z gracją stoika czy mistrza Zen, ani w duchu zgrabnego barokowego vanitas (Mości xięże kapelanie. Kiedy pora nam nastanie, Że tańce, W różańce; Nowinki, W godzinki. Zamienią się?), ani też z pomocą karnawalistycznego humoru. Nie jest to jednak album beznadziejnie wisielczy – życie manifestuje się tu przede wszystkim w środkach muzycznych, świadomie prostych i zdezelowanych, ale właśnie dlatego tak namacalnych, przywracających jakąś więź człowieka z ziemią, nawet nie tą przez duże Z. Jest to blues, co tu dużo gadać.

Ulubiony kawałek: “Over The Hill”. I to nawet nie tyle ulubiony na płycie, ile jeden z najulubieńszych w minionym roku. Niezwykle sugestywny, ale i pociągający cień piosenki na niemalże post-klubowym bicie.

Bill Nace & Graham Lambkin – The Dishwashers [Black Truffle]

RIYL: Graham Lambkin / brzdąkać na gitarze, kiedy sąsiadka z dołu ćwiczy śpiew, dzieci drą się na ulicy, gość spod jedenastki przesuwa meble, nad blokiem skrzeczą mewy

Graham Lambkin, czyli gość, nie przesadzam teraz, w ogromnym stopniu odpowiedzialny za moje DUŻE przebudzenie niemal dziecięcej fascynacji światem (dźwięku i w ogóle), w duecie z Billem Nace’em, którego kojarzę z rozmaitych duetów i tercetów improwizacyjnych, z Vampire Can’t (mocny album „Key Cutter” w nieodżałowanym Load Records), z Body/Head oraz z fajowego labelu Open Mouth, którym Nace zarządza. W duecie wyszedł im album ze zdecydowanie mocniejszym śladem Lambkina, co mnie nie zaskakuje, natomiast zaskoczeniem jest to, jak przystępna i lajtowa jest ta propozycja. Gdyby muzyka konkretna/terenowa miała swoje podgatunki analogiczne do gatunków muzyki popularnej, to „The Dishwashers” należałoby otagować jako folk/country.

Co się na tym albumie wydarza? Wszystko i nic. Celnie opisał to użytkownik IGR2 z RYM: “Paradoxically, it’s a record that’s all dull moments, but never a dull moment.” Lambkin tropi błahe i znajduje znaczące – nic nowego, ale nigdy dość, bo drobne detale codzienności to nieograniczony kosmos możliwości, zdziwień, zachwytów i niepokojów. A Lambkin w odkrywaniu niespodziewanych fałd i kłączy nie ma sobie równych – również dlatego, że nigdy nie traci poczucia humoru i zawsze balansuje na granicy czegoś rzeczywiście nieistotnego lub/i łatwego do przeoczenia. Quasi-folkowe rzępolenie w wieńczącym pierwszą stronę “Egg Shell Moon” – no nuda, ale całościowo jest to nuda fascynująca. Po różnych nagraniach przyrody i przejeżdzających aut co jakiś czas pojawia się na „The Dishwashers” bardziej tradycyjny muzycznie fragment, np. niemalże iddyliczna americana w “Kentucky Railroad”. Wszystko to stanowi jednak całość, której siła leży właśnie w tym podnoszącym na duchu szkicu szerszego doświadczenia ludzkiego.

Na koniec mój nudny statement na temat Grahama Lambkina:

Lambkin to być może najbardziej znaczący artysta post-cage’owski, post-ashleyowski i post-Ferrari (nie wiem, jak to zgrabnie uprzymiotnikować). Jest to twórca o tyle istotny, że realizuje te wszystkie emancypacje, jakby były one tak łatwe i zwyczajne jak chodzenie po bułki do piekarni i w istocie przecież są! Lambkin wcielił silence Cage’a (mam na myśli ukłon w stronę ciszy z całym spektrum konsekwencji tego gestu), automatic writing Ashleya i Musique anecdotique Ferrariego w jeszcze zwyczajniejsze doświadczenie prywatne, w codzienną, niespektakularną praktykę. Poszedł jeszcze dalej w tym sensie, że jest już po drugiej stronie bo przecież jawi się amatorem totalnym, niezdolnym do lub odrzucającym możliwości gry na konwencjonalnym instrumencie, chichoczącym voyeurystą i editorem rzeczywistości. Jest także założycielem wytwórni, która oprócz wznawiania przeoczonych artystek i artystów około-fluxusowych była platformą dla podobnych mu amatorów będących beneficjentami zamknięcia technologii rejestrujących w kieszonkowych urządzeniach, uzbrojonych czasem tylko i aż jak Gabi Losoncy w dyktafon z telefonu.

Muzyka w soczewce Lambkina rozlewa się na całe życie, co robi dobrze zarówno muzyce (wciąga ją w szeroką – geograficznie i psychologiczne, mikro i makro – przestrzeń słuchania), jak i naszej codzienności (trening uważności, place is always moving, like a sleeping cat Toshiyego Tsunody). Ktoś powie ok, ale nagrania terenowe realizują ten projekt pełniej, są jeszcze dalej, minimalizują ego, zamieniają człowieka w czysty odbiornik i pozwalają wybrzmieć otoczeniu być może. To kwestia światopoglądu i sporu o definicje, ale ja nie wierzę w czyste słuchanie świata ze zredukowanym do zera JA słuchanie jest zawsze filtrowane przez nasz język, przez prefabrykowane w nas wyobrażenia i skojarzenia. Mieszanie ze sobą muzyki konwencjonalnej, innych tekstów kultury, nagrań terenowych i tego wielkiego wora z napisem “varia”, w którym mieści się wszystko to, co ponad, poniżej i pomiędzy, co jest podsłuchane na czysto, ale i zedytowane/zmanipulowane wyobraźnią, jest dla mnie i jest to kwestia wyłącznie gustu/potrzeby, nie żadna próba wbijania kija w mrowisko doświadczeniem zdecydowanie bardziej ekscytującym.

Toshimaru Nakamura & Yan Jun – oh my God, and yours [Sub Jam]

RIYL: noise, nie ma co się tutaj rozdrabniać

Noise’owy gruz, ale gruz tak interesujący fakturowo, że mogę tego słuchać nawet po dwóch jointach. Toshimaru Nakamura, jeden z moich ulubionych eksperymentatorów w ogóle, i Yan Jun, którego uwielbiam za “7 Poems and Some Tinnitus” (również wydane w pekińskim Sub Jam, i które przywiozłem sobie z tokijskiego Ftarri). Niczego innego się nie spodziewałem po tym duecie i jestem w pełni unkontentowany tak szlachetnym sponiewieraniem bębenków.

Info dla pariasów undergroundu: LP zostało wydane w jakimś akrylowym lustrze i kosztuje 42 Euro.

Antonina Nowacka – Lamunan [mondoj]

RIYL: śnić na Jawie [ukradłem z Dwutygodnik] / muzykę, tak w ogóle

Licząca ponad milion lat jaskinia na Jawie i śpiew bez słów Antoniny Nowackiej podróż nie tylko muzyczna, ale i antropologiczna. Powrót do podstaw, do minimum muzykalności. Oczywiście harmonie i edycja materiału nie były znane ludziom zamieszkującym tysiące lat temu jaskinie, ale technika i technologia nie są tu anachroniczne istotny i tak mocny w wymowie jest ludzki głos w przestrzeni, początek śpiewu. Nie wiem, dokąd zmierzam z tą refleksją, ale jest w tym śpiewie siła wprost wymuszająca respekt i przypominająca jakąś  bliżej nieokreśloną, archetypiczną inicjację. Symultanicznie z tą siłą przychodzi błogi spokój, działający jak okład na czoło w najidealniejszej temperaturze. To możliwie najprostsza i zarazem najtrudniejsza muzyka. Antoninie Nowackiej udało się to wspaniale.

Nac/Hut Report – Transmisja z przesilenia [Crunchy Human Children]

RIYL: transmisje z przesilenia

Kolejny, bodaj szósty już (!) album noise-popowego duetu Nac/Hut Report podoba mi się jeszcze bardziej od “Wszystko Jeszcze Jest”, który chwaliliśmy w 2019 roku. “Transmisja Z Przesilenia” wydaje się pełniejsza, sprawniejsza warsztatowo, z lepiej rozpisaną dramaturgią. Na pewno jest lepiej nagrana, wokal super siedzi w miksie, a cała ściana glitchy jest teraz bardziej wypukła i, nie wiem, immersyjna (to teraz takie modne słowo) – od razu do głowy przychodzi mi ukochane “A Turn Of Breath” Iana Williama Craiga, które przypadkiem lub na drodze jakiegoś bliższego powinowactwa estetycznego ma zresztą całkiem podobną okładkę.

Łatwo zarzucić Nac/Hut Report, że grają w kółko jedną piosenkę. Ale można też spojrzeć na to inaczej, jak na kolejne rozdziały snu, serię przywidzeń w fazie R.E.M. “Transmisja Z Przesilenia” kojarzy mi się ze stanem, kiedy jadę pociągiem, głowa słania się od senności, ale nadmiar głośnych emocji i uczuć plus dźwięki przesterowanych upomnień i zapowiedzi przystanków nie pozwalają całkiem oddać się Morfeuszowi. Koncentracja i bezwład jednocześnie. Zabrzmi to jak lenistwo, ale ja nie lubię nawet wydzielać z tego albumu fragmentów słucham go ciągiem, jak jedną konceptualną przygodę.

P.S. W enjoy life zdążył ukazać się już solowy album Jadwigi Taby, czyli ½ Nac/Hut Report.

Bill Orcutt – Warszawa [Endless Happiness] & Reasons I Am Great [Palilalia]

RIYL: Bill Orcutt

Świetnie zrealizowane zapisy improwizacji Billa Orcutta – jedna na gitarę elektryczną, druga na akustyczną. Jeszcze fajniej, że ta ciekawsza została zarejestrowana w Warszawie na Avant Art Festivalu i wydana przez Endless Happiness. Nie mam tu nic więcej do dodania, bo i co można dodać? Trzeba słuchać.

Francis Plagne – Rural Objects [Black Trufle / Horn Of Plenty]

RIYL: Food Court / Pascal Comelade / Brian Eno

Album wydany w roku 2019 i wznowiony przez Horn Of Plenty teraz, w 2021, ale mam to gdzieś Francis Plagne musi się pojawić. Najchętniej pochwaliłbym go od razu za dwa albumy z 2018 solowe “Moss Trumpet” i “Two Words” nagrane w duecie z Crys Cole. Niesamowicie komfortowa muzyka zarejestrowana na rozmaitych instrumentach z użyciem ośmiośladu, która wbrew temu, co słowo komfort zwykle implikuje w ogóle nie jest banalna. Całości słucha się wspaniale, przyjemność i przygoda w jednym, ale mój zdecydowanie ulubiony fragment to “IV” melodia tej kompozycji niesie silne echo soundtracków Morricone z lat 60. (nie mogę przyszpilić w głowie, o jakie dokładnie mi chodzi). Dodatkowy plus za tytuł z wiersza Johna Ashbery’ego.

Tara Clerkin Trio – s/t [Laura Lies In]

RIYL: Bristol sound / Stereolab

Najpierw Tara Clerkin, singer-songwriterka działająca solo. Potem Tara Clerkin Band ośmiosobowy kolektyw. I wreszcie Tara Clerkin Trio piszę wreszcie, bo poprzednie inkarnacje muzyczne Tary Clerkin to zupełnie nie mój kubek herbaty. Jako trio zmienili jednak kurs i efektem jest bardzo autorski pomysł, łączący quasi-jazz z trip-hopem i dubową produkcją. Podobnie jak w przypadku CS + Kreme są tu obecne nie tylko bristolskie wpływy i, chociaż byłem w tym mieście tylko na lotnisku i znam raczej ze zdjęć, sam Bristol jako miasto, z tymi swoimi kolorowymi szeregowcami skąpanymi w deszczu i nic dziwnego, bo Tara Clerkin Trio właśnie stamtąd pochodzi. Odpalcie klip do „I Know He Will” i zobaczycie, jak odmienna jest cała ta paleta, jak bardzo nie-nocna i mundane w porównaniu do złotego okresu trip-hopu, choć jednocześnie przecież punkty wspólne są oczywiste. Biorąc pod uwagę, że mówimy o muzykach, którzy dopiero co przesiedli się z gitar elektronikę, album jest zrealizowany po prostu znakomicie. Super brzmią te dubowe echa podkręcane aż do zniekształceń w „Any of These” moim ulubionym utworze w zestawie. Tara Clerkin nawija w nim zresztą przez moment jak Lolina, co jest oczywiście skojarzeniem mega sympatycznym.

Toshiya Tsunoda / Taku Unami – Wovenland 2 [Erstwhile]

RIYL: field recordings / Improvised Music From Japan

Druga część „Wovenland” od najczulszego field-recordera i maestro japońskiej sceny improwizacyjnej. Rzeczywistość nie jest taka, jaką się nam wydaje. Albo: są wśród nas zjawiska, o których nam się nie śniło. Tsunoda to taki paranormalny naukowiec. Wszystko, co nagrywa, jest zaledwie nagraniem istniejących zjawisk fizycznych. Ale to, co nagrywa, jest dla nas na co dzień nieobecne, ukryte. Sam proces rejestracji, a następnie odsłuchu ma u Tsunody cechy rytuału, przy którym większość współczesnych rytuałów religijnych wydaje się nie mieć żadnego znaczenia. Unami to w tym wypadku uczciwy mitoman. Mikrorzeczywistość podsłuchaną przez Tsunodę koloryzuje ludzką obróbką jest przy tym niemal niewykrywalnym, a już z pewnością nie pod względem manifestowania się ego, poruszycielem surowej, cyfrowej (te słowa zupełnie do siebie nie pasują i jednocześnie pasują doskonale) syntezy. Świetny album, właściwie powtórka jakości z części pierwszej.

Treasury of Puppies – s/t [Förlag För Fri Musik]

RIYL: Neutral / Monokultur / całą scenę z Göteborga

Środowisko Förlag För Fri Musik raz jeszcze. Polecana wyżej Loopsel to prześliczna mała EP-ka, ale bałem się, że nie wyjdzie w tym roku z Göteborga nic specyficznie takiego, za co pokochałem tę scenę 3-4 lata temu (drugi album Oroskällan przesłuchałem na razie pobieżnie). Źródło na szczęście nie wyschło, a nawet ma się świetnie. Duet Treasury of Puppies (Charlott Malmenholt i Joakim Karlsson) to najlepsza nagroda dla fanów Neutral i Enhet För Fri Musik, ale nie tylko dlatego, że wspomniani niczego nowego ostatnio nie wydali. Nie da się uniknąć porównań do Neutral format duetu, charakterystyczny sprechgesang, kasetowe pętle, charakterystyczne dla sceny zapiaszczenie i organiczność. Ale Treasury of Puppies to jednak zupełnie osobna propozycja. Wiele sampli wydaje się pochodzić z jakichś programów edukacyjnych dla dzieci czy z czołówek niealarmowych komunikatów telewizyjnych z lat 60. i 70. (tak, podobnie jak w Boards of Canada), co nadaje całości subwersywnego charakteru. Całkiem bogate jest również instrumentarium: gitary, syntezator, klarnet, dzwonki (prawpododobnie to one budują w „Tvångsfantasi” atmosferę starej telewizji), fortepian, glockenspiel. Wszystko to zamknięte w niezwykle spójnej wizji. Wychodzi na to, że Treasury of Puppies to kolejny, po Neutral i Monokultur, duet z Göteborga, których kolejnych wydawnictw wyczekuje się niecierpliwie.

Warto wspomnieć, że album zmasterował szanowany i zapracowany po uszy Giuseppe Ielasi, który wcześniej trafił na tę listę również jako połowa duetu Bellows.

Triple Negative – God Bless The Death Drive [Penultimate Press]

Rozpisałem się aż zanadto w osobnym tekście.

True Sons Of Thunder – It Was Then That I Was Carrying You [Total Punk]

RIYL: Oblivians / Bad Times / Gary Wrong Group / piwo

True. Sons. Of. Thunder. Matko, co za legitymacja, a przy tym jaka zgodna z produktem! Supergrupa z Memphis wróciła z drugim longplejem. Taki właśnie powinien być garaż. Bo jak garaż, to najlepiej po linii Cheater Slicks, czyli gramy tak, jakbyśmy mieli nie dożyć kolejnego kawałka.

Najlepsze tracki – podły, walcowaty (od słowa “walec”, bo walczyk nie za bardzo), prymitywny i baaaardzo satysfakcjonujący “Rattle Trap”, który kojarzy mi się mocno ze wspomnianymi Slicksami, oraz “Drugs In Space”, który jest dokładnie taki, jak podpowiada tytuł, a nawet trochę lepszy.

Vacant Gardens – Under The Bloom [Burundi Cloud Music]

RIYL: Dream pop / Glenn Donaldson

Śliczny dream pop / fuzz folk (chwytliwy tag) z polecenia Marka. Śpiewa Jem Fanyu, muzykę tworzy Glenn Donaldson, a masteringiem zajął się Sean McCann, którego spotykam na każdym rogu, ale to dlatego, że tak zdolnym jest dźwiękowcem. Bardzo prosta rzecz, gatunkowa właściwie, ale cudownie przestrzenna i kojąca. Glenna Donaldsona na pewno niektórzy kojarzą z The Knit Separates, a potem z Teenage Panzerkorps, w których grał z Jasonem Honeą. Był też członkiem free-folkowego Thuja. Trudno zliczyć wszystkie projekty z jego udziałem. W ostatnich latach tworzy przede wszystkim niepopularny pop w rozmaitych składach: Skygreen Leopards, Art Museums, a z najnowszych Horrid Red, The Reds, Pinks & Purples i Vacant Gardens właśnie. Prowadzi też, świetną zresztą, rubrykę Failure Of All Pop na blogu Free Form Freekout.

Xylitol – „I’m Pretty Sure I Would Know If Reality Were Fundamentally Different Than I Perceived It To Be” [Thrilling Living]

Recommended If You DON’T Like: rzeczywistość / świat

Ok, nowa EP-ka Xylitol może i nie wysadziła mnie z siodła (kto tak mówi, do cholery?!), ALE:

  1. „I’m Pretty Sure I Would Know If Reality Were Fundamentally Different Than I Perceived It To Be” nie tylko najlepszy tytuł albumu 2020 roku, ale i potencjalnie najlepsza nazwa dla skrajnie prawicowej partii politycznej po zdobyciu przez nią himalajów autorefleksji.
  2. Kawałek “I Want A Refund” – najlepsza reakcja na rok 2020.

XV – s/t [Life Like] & Basement Tapes [self-released]

RIYL: The Mighty Fall / The Shaggs

Trzy dziewczyny, które kochają The Fall. Co więcej doskonale The Fall kumają, co jest, wbrew pozorom, bardzo rzadkie. Mają nawet kawałek “Mark E. Moon”! Kochają też najpewniej The Shaggs czy The Klitz. Na Bandcampie tylko jeden komentarz, ale jakże sympatyczny: “what a crashcourse of rock”. Polecam najpierw posłuchać pełnoprawnego LP z 2019 r. to i tak są kawałki możliwie najsurowsze, więc zanim odpalicie “Basement Tapes”, czyli składak zmontowany z prób i szkiców, lepiej sobie przygotować grunt. Warto jak cholera. “Prison” i “Sore Throat” z LP to jest TEN groove. “We Begin Again” z nagrań piwnicznych jest pysznie anty-rockowe rytm cały czas na granicy zapaści. “Shut Up I’m Bald” to już niemal Brainbombs w wersji light tak sadystycznie uparty jest ten numer. Jeśli lubicie The Fall i XV nie wywołają u Was chociaż drobnego uśmiechu zadowolenia, to ja nie wiem – innego The Fall słuchaliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *